środa, 20 listopada 2013

Kaskrut, Warszawa.

Mam mieszane odczucia po pierwszym zetknięciu się z kuchnią i konceptem lokalu Kaskrut (Warszawa, ul. Poznańska 5). Przyznaję, iż skusiły mnie trzy bardzo pochlebne recenzje tego miejsca, i być może własnie one spowodowały, że moje oczekiwania były wysokie.

Miało być wyjątkowo, pysznie, oryginalnie i tanio, a było... hmmm...., zacznę od początku.


fot. Kaskrut (https://www.facebook.com/dwichlab)

Do restauracji (tak lokal jest opisany na stronie internetowej) udaliśmy się w porze obiadowej. Nie byliśmy zbyt głodni, to była raczej chęć na coś dobrego i niedużego. Kaskrut (od: casse-croûte*) wydał się odpowiednim miejscem. 
Niepozorne wejście nieco utrudniło znalezienie lokalu. Wąskie schody i niewiele miejsc siedzących to kolejne minusiki, do tego, na plus, przemiła obsługa i krótka opowieść właściciela o miejscu w którym się znaleźliśmy i obecnie serwowanych daniach. Na razie wychodzimy na zero ;-)

Z trzech stolików o drewnianych i wąskich blatach, wolny był tylko jeden - na przeciw wejścia, najlepszy by w spokoju zapoznać się wiszącym pod sufitem menu. Niewielkie, odręcznie napisane litery, nieco utrudniają przeczytanie. Nie poddajemy się. Odszyfrowujemy i zamawiamy: 
- na dobry początek/ starter: łosoś, ogórek, koper, pianka wasabi (16 zł) oraz burak, brzoskwinia, twaróg, dressing musztardowy (13 zł),
- danie główne: ozor, cebula, seler (29 zł) i gnocchi ze śliwką (19 zł)
do tego cola (9 zł) oraz piwo (9 zł).

Napoje zabieramy do stolika i nie minęła 1/3 butelki kiedy przed nami pojawiły się apetycznie wyglądające przystawki. Buraki połączone z rumianą brzoskwinią, białym serem, sałatą urzekły mnie kolorami. Smakiem - niestety nie. Ot, ugotowany burak, świeża brzoskwinia, ser, sałata i odrobina rodzynek i oliwy. Dobre, ale spodziewałam się oryginalnego sprawienia składników, przyprawienia, czegoś zaskakującego. Dla odmiany, druga przystawka była bogatsza pod względem smaku. Słodko kwaśny ogórek, jędrne plasterki łososia przykryte delikatną pianką z posmakiem ostrego wasabi, jeszcze parę chwil po zjedzeniu drażniły kubki smakowe.





Gdy opróżniliśmy już 2/3 zawartości butelek, na stół trafiły dania główne. Sprężyste i smaczne gnocchi było największym (pomimo niewielkiego rozmiaru) atutem mojej porcji. Sos okazał się miszmaszem w którym wszystkie składniki zlały się w jeden, bliżej nieokreślony smak. Odnalezienie choćby aromatu śliwki było jak szukanie igły w stogu siana.
Zamówiony ozór okazał się zupełnie innym od zamówionego kawałkiem wołowiny. Żadnego wytłumaczenia dlaczego otrzymaliśmy inną potrawę, nie było. Na szczęście dla nas, plaster mięsa był smaczny. Miękki i soczysty, podany z ogórkiem (którego smak poznaliśmy już w przystawce) oraz z paluszkiem z ciasta francuskiego. Dobry, szkoda że porcja była mała, mieszcząca się w zaledwie 5 - 6 widelcach.




Muszę przyznać, że po zjedzeniu posiłku w Kaskrut mieliśmy zagwozdkę. Lokal nas nie zauroczył, ale też nie zniechęcił. Jedzenie było smaczne lub nijakie. Ceny: adekwatne do wielkości porcji. Każdorazowe podsumowanie plusów i minusów dawało zero. Wolałabym by każde miejsce w którym przebywam wywoływało u mnie jakieś emocje; dobre - skłaniające do powrotu lub złe - sprawiające, że wrócimy tam po jakimś czasie upewnić się w ocenie lub będziemy omijać takie miejsce z daleka. Kaskrut okazał się miejscem zawieszonym pomiędzy restauracjami w których lubimy jeść i przebywać, i lokalami, które obchodzimy z daleka. 





casse-croûte (fr) - przekąska, lekki posiłek zjadany pomiędzy głównymi posiłkami. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz