sobota, 30 listopada 2013

Jadka, Wrocław.

Lubię przemierzać okolicę bez konkretnego celu, niespiesznie, z otwartością i ciekawością osoby, która pierwszy raz znalazła się w tym miejscu (choć miejsce może być już znane, a podświadomym celem jest znalezienie czegoś ciekawego (opuszczonych miejsc, które uruchamiają wyobraźnię, ciekawych sklepików z minionej epoki lub wszelkiego rodzaju przybytków serwujących jadło). Tym razem najbliższą okolicą był wrocławski rynek i przylegające doń uliczki. Tam trafiliśmy do restauracji JaDka.


Jeśli z ulicy Jatki skierujesz się w ulicę Kiełbaśniczą, a następnie skręcisz lewo, w Świętego Mikołaja, dojdziesz do ulicy Rzeźniczej (ciekawe nazwy ulic, to pozostałość po znajdujących się tam niegdyś (od XIII wieku) kramach w których sprzedawano mięso z pobliskich rzeźni). Następnie, kierując swe kroki w prawą  stronę, dotrzesz do Wrocławskiego Teatru Współczesnego. No, chyba że po drodze zauważysz drewniane odrzwia prowadzące do Restauracji JaDka - tak jak my to zrobiliśmy i weszliśmy. 


Mój wzrok od razu powędrował na piękne sklepienie krzyżowe (jak się dowiedziałam - oryginalne, XIV-wieczne), następnie na podtrzymującą je kolumnę, a dopiero na samym końcu zwróciłam uwagę na drewniane krzesła, stoły i ławy, obrusy, obrusiki, poduszki i serwetki. Schludnie, elegancko - to na pewno, czy ładnie? To kwestia gustu, a o nich się nie dyskutuje (ja i Vito wymyśliliśmy inny, nawiązujący do przeszłości budynku, pomysł na aranżację wnętrz. Nie przepadamy za nadmiarem wszelkiego rodzaju zatrzymujących kurz ozdób). Ogólnie - wszystko na plus., ale co dzieje się w sytuacji kiedy wnętrze podpowiada - tu zjem coś dobrego, a smak zamówionych dań pozostawia wiele do życzenia? Czy to gotowa recepta na katastrofę?

Kiedy rozmyślaliśmy nad wystrojem, uśmiechnięta kelnerka podała nam karty; wybraliśmy:
- kołduny litewskie w rosole (33 zł),
- barszcz z uszkami (29 zł),
- kaczkę pieczoną z jabłkami (89 zł)
- suma na musie porowym ze szpinakiem (59 zł)
- creme brulee (27 zł)
- lody z owocami (22 zł)



Rozmawiając o przeszłości budynku i snując wizje różnych jego aranżacji, oczekiwaliśmy posiłku. Podane z gracją zupy wyglądały dobrze. Z zapachem było trochę gorzej (dominował aromat gotowej przyprawy). Na samym dole uplasował się smak. Barszcz o pięknym rubinowym kolorze, smakował jak zrobiony z koncentratu/ proszku. Po trzech łyżkach miałam dość. Wito spróbował barszczu i miał podobne wrażenie. Na dnie znalazł dwa uszka - podobno również daleko im było do ideału (w jednym brakowało farszu). Pięknie wyglądająca zupa okazała się niedobra. Trochę, ale tylko trochę lepiej sytuowały się kołduny litewskie w rosole. Po pierwsze dlatego, że były, po drugie - miały farsz. Sama zupa była niewiele warta. 

 

Uśmiechnęłam się do siebie kiedy na horyzoncie pojawiła się kelnerka z daniami głównymi. Kiedy kaczka wylądowała przed moim nosem, uśmiech spłynął z mojej twarzy jak śnieg z mokrej szyby. Na pierwszy rzut oka mięso sprawiało wrażenie przesuszonego. I tak własnie było. Mocno przypieczone (wielokrotnie podgrzewane?) mięso tylko w 1/3 nadawało się do spożycia. Podane do kaczki buraczki miały smak krochmalu, a konsystencję rozgotowanych warzyw podduszonych w tymże płynie. Z całej zawartości talerza tylko kluski były smaczne.




Zapiekane ziemniaki podane do suma były z rodzaju tych, które możemy kupić zamrożone i podgrzać w piekarniku przed zjedzeniem. Liście szpinaku na których położony był kawałek ryby, były smaczne. Lekko jędrne i nie zagłuszone czosnkiem/ śmietaną. Clou tego dania - lekko zarumieniony i delikatny w smaku sum, był po prostu smaczny. Wobec wcześniejszych niedociągnięć, marna ozdoba obu dań - gałązki koperku, nie dziwiła.




Ponieważ zupa i danie główne pozostawiły po sobie uczucie niedosytu, zjedzenie deserów nie sprawiło nam żadnej trudności. Krem brulee był smaczny, nie wyróżniał się smakiem ani konsystencją. Lody z owocami były bardzo przeciętne, co prawda nie spodziewaliśmy się ambrozji, ale ten deser sprawiał wrażenie przygotowanego w ostatniej chwili, bez dbałości o formę jego podania.





Mogło być lepiej - to nasunęło nam się na myśl podczas oczekiwania na rachunek. Spodziewaliśmy się czegoś dobrego, a było niedobrze (zupy, kaczka) lub przeciętnie (desery) - z takim wnioskiem, po uregulowaniu rachunku, opuszczaliśmy restaurację JaDka. Tym razem okazało się, że wnętrze, choćby nie wiem jak było ładne, nie naprawi złego wrażenia jakie pozostawiły po sobie potrawy zjedzone w restauracji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz