środa, 5 grudnia 2012

La Mama, Warszawa.

Tak skrajnych emocji jakich doświadczyliśmy podczas obiadu w restauracji La Mama (Warszawa, ul. Andersa 23), jeszcze nie było. Pierwszy raz zdarzyło nam się, iż po zjedzeniu zamówionych dań, jeszcze długo dyskutowaliśmy o kuchni, jedzeniu, smakach, różnicach kulturowych i dostosowaniu menu do dań mieszkańców kraju w którym otwiera się restaurację... a tak spokojnie się zapowiadało...


Gotowana fasola z plantanami i ziemniakami.


Dotychczas ani ja, ani też W. nie mieliśmy do czynienia z kuchnią nigeryjską, czy nawet szerzej – z kuchnią afrykańską. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, no może za wyjątkiem jednego – egzotyki. Po zapoznaniu się z pozytywnymi informacjami dostępnymi w internecie, wyruszyliśmy na spotkanie z La Mamą.


Pierwsze zdziwienie – zaraz po przekroczeniu progu lokalu. Spodziewałam się ciekawych zapachów, przyjaznej atmosfery i ciekawego wnętrza. Zamiast tego zderzyłam się z pubowym zapachem, chłodnym zaciemnionym wnętrzem i obsługą pozostawiającą wiele do życzenia (jeśli rozpatrujemy La Mame jako restaurację). Pierwsze kroki skierowaliśmy do baru za którego kontuarem stały trzy osoby, kiedy zapytaliśmy o stolik by zjeść obiad, wyglądali na nieco zaskoczonych. Zajęliśmy stolik na dole lokalu, część na piętrze była zamknięta. W głośników dobiegała muzyka dance, w telewizorze włączony był mecz (polska piłka nożna), przy stoliku obok para zamówiła coś do jedzenia. Po chwili młoda kelnerka przyniosła karty, kiedy zapytałam co jest specjalnością restauracji i co poleca, dowiedziałam się, że nie wie, bo krótko tutaj pracuje. Z menu wybieraliśmy metodą „chybił-trafił”, w ten sposób na nasz stolik trafiły przystawki: "Meat Pie" (10 zł) - chrupiący duży pieróg z mięsem i warzywami, który okazał się być dwoma pierożkami podanymi z paprykowym sosem, oraz smaczna „Agawa” (17 zl) – gotowana fasola serwowana z plantanami i afrykańskimi ziemniakami. Przystawka w obu wersjach nam smakowała, choć nie było w jej smakach niczego oryginalnego.

Pierożki z mięsem i warzywami.
Nowego dla nas smaku spodziewaliśmy się po zupach i daniach głównych. Gulasze nas nie przekonały, dlatego wybraliśmy „Oporo” (40 zł), oraz smażony ryż z warzywami (13 zł) wraz z „Anu Agwuruagwu” (30 zł) i pikantne zupy: z rybą (23 zł) oraz z mięsem kozim (25 zł).
Po złożeniu zamówienia odczekaliśmy 45 minut (w międzyczasie para z sąsiedniego stolika otrzymała zamówione gulasze**), po których W. poszedł przypomnieć o naszym zamówieniu. Po kolejnych paru minutach kelnerka przyniosła zamówione dania, niestety - wszystko jednocześnie.

Spróbowaliśmy zup. Pieprzowa zupa okazała się tak ostre, że ja zjadłam tylko kawałek ryby i jedną łyżkę płynu. W zupie z sumem afrykańskim nie czułam innego smaku, ostrość zdominowała wszystko. Zupa zamówiona przez W. – pieprzowa z mięsem kozim, stanowiła jeszcze większe wyzwanie. Była bardzo ostra, ale tutaj dało się jeszcze wyczuć smak gorzki i kwaśny, a do tego wszystkiego jeszcze specyficzny zapach i posmak mięsa koziego. Samo pływające w zupie mięso okazało się nie na nasze podniebienia i zęby. Było twarde i żylaste. Zupy nam nie smakowały, jedynym plusem było to, że drugie danie nie zdążyło nam zbytnio wystygnąć ;-)

Zupa pieprzowa z sumem afrykańskim.
„Oporo” okazał się smacznym, lekko pikantnym ryżem w sosie pomidorowym z krewetkami. „Anu Agwuruagwu”, czyli pieczone kozie mięso okazało się być kolejnym daniem, którego nie byliśmy w stanie zjeść. Tak jak w przypadku zupy, i tu podane z czerwona cebulą kozie mięso było twarde i żylaste***. Całość potrawy zdominował smak mięsa koziego. W. musiał się zadowolić neutralnym ryżem z warzywami i podjadanym ode mnie ryżem po afrykańsku z krewetkami.

Ryż po afrykańsku z krewetkami.
Na sam koniec został nam deser, tym razem W. zdecydował się na zwykły sernik z egzotycznym sosem pomarańczowym (14 zł), ja wciąż jeszcze brnęłam w smaki afrykańskie i zamówiłam „Chim Chim” (8 zł) – tradycyjne, słodkie chrupiące ciasteczka z gałką muszkatołową. Sernik – jak to sernik, chyba nie może być niedobry (co najwyżej może nie być pysznym), choć zamiast egzotycznego sosu pomarańczowego był zwykły czekoladowy sos z tubki. Tradycyjne ciasteczka w ogóle nie miały posmaku przyprawy, tylko smak tłuszczu na którym były smażone. Nie tego się spodziewaliśmy.



Po skończeniu posiłku długo zastanawialiśmy się nad tym dlaczego tak bardzo nie odpowiadały nam niektóre dania. Na pewno nie była to kwestia samego smaku (mleko i sery kozie nam smakują). Ostrość obu zup była dla nas zaskoczeniem. Niejednokrotnie spotkaliśmy się z oznaczeniem ostrości dań trzema papryczkami (np. w kuchni indyjskiej czy meksykańskiej) i wtedy takie dania były ostre, ale nam smakowały, dało się je zjeść (z przyjemnością). Oczywiście konsystencja, smak i ostrość takich dań była dostosowana do kubków smakowych europejczyków. Odważni zawsze mogą poprosić o dania w wersji ostrej dla mieszkańców kraju z którego kuchnia pochodzi.
Przy mięsie i zupach w restauracji La Mama, mieliśmy wrażenie, że to kuchnia w wersji oryginalnej, nie zaadoptowana do naszych standardów, a przez to - nie dla każdego. Najlepiej przyjść i przekonać się o tym osobiście. Ponieważ był to nasz pierwszy kontakt z daniami afrykańskimi, nie mamy punktu odniesienia jak każde z dań może smakować.

Czy dania w La Mamie były dobre, a nam po prostu nie smakowały? Czy może były źle przyrządzone? Czy tak odległe kulturowo kuchnie (produkty, przyprawy, sposoby przygotowania) powinny być adoptowane do warunków kraju w którym funkcjonuje restauracja z takimi daniami, czy powinny być zostawiane w ich oryginalnym stanie, a może powinny być dostępne w dwóch wersjach (tak jak czasami jest w restauracjach serwujących kuchnię indyjską lub dalekowschodnią)?

Jak sądzisz?


P.S.
Dla mnie te pytania pozostają bez odpowiedzi. Wciąż jestem na początku fascynującej podróży przez smaki Świata i jeszcze dużo nauki i nowych doświadczeń przede mną. Może za jakiś czas będę w stanie na nie odpowiedzieć.




* w menu restauracji wymienione są platany, jednak do dań używane są owoce banana skrobiowego, czyli plantanu.

** jak się okazało, dwa różne gulasze zamówione przez siedzącą obok parę, były jednym i tym samym daniem.

*** spotkałam się z opinią, że w kuchni afrykańskiej najbardziej cenione są właśnie te żylaste i twarde kawałki mięsa. Niestety nie znam nikogo, kto jest w stanie potwierdzić tą informację.

3 komentarze:

  1. Fajnie, że od razu nie przekreślasz miejsca tylko poddajesz pod rozwagę dlaczego Ci nie smakowała. Ostatnio też byłam w restauracji tajskiej i też miałam podobny dylemat. Pozdrawiam ciepło, Doxa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak uważasz? To kwestia dobrze lub źle przyrządzonych dań, czy raczej naszych, nie przyzwyczajonych do innej kuchni, smaków?

      Dziękuję i pozdrawiam
      Lola

      P.S. Mnie to wciąż frapuje. Te bardziej popularne zestawienia mi smakowały, te które były nowością - już nie.
      Muszę przyznać, że wizyta w La Mamie zapadła mi w pamięć i skłoniła mnie do wyszukania informacji o specyfice kuchni afrykańskiej.
      Może za jakiś czas, bogatsi o wiedzę i nowe doświadczenia, wybierzemy się tam ponownie.

      Usuń
  2. To jednak kwestia różnic kulturowych. Z drugiej strony, jeśli coś Ci smakuje to nie ma znaczenia, gdzie zostało ugotowane ;)

    OdpowiedzUsuń