wtorek, 11 września 2012

(tu powinien być tytuł, ale brak mi słów do właściwego streszczenia tego co poniżej)


Prawie dwanaście godzin musiało upłynąć bym ochłonęła z bardzo negatywnych emocji, które zostały wywołane przez odbywjącą się wczoraj degustację win z Piemontu „Barolo & Friends”. Wczorajszy tekst mógłby być trudny do przeczytania.




Zacznę od tego, że jakiś czas temu natknęłam się na informację o organizowanym wieczorze win i specjałów piemonckiej kuchni (m.in. serów, czekolad, trufli) organizowanym przez Magazyn Wino oraz Strada del Barolo e grandi vini di Langa®. Z opisu wynikało, że to będzie to bardzo ciekawy wieczór. Świetna reklama dla wystawców, przyjemność dla degustujących. Do wejścia upoważniał zakup biletu (40 zł.). Kupiłam bilet i z wytęsknieniem czekałam na poniedziałek.

Kiedy wraz z M. i W. pojawiliśmy się przed Hotelem Bristol w którym event się odbywał, naszym oczom ukazała się bardzo długa kolejka. Nie spodziewałam się takiego widoku i tylu ludzi. Od razu w głowie pojawiło się pytanie – skąd tu taki tłum? Czyżby organizator chciał zrobić masową degustację (o ile coś takiego w ogóle może funkcjonować)?! Dość szybko dowiedzieliśmy, że bilety na „Barolo & Friends” były sprzedawane w niskiej cenie przez portal zakupów grupowych. Nie wiem ile wejściówek zostało sprzedanych, ale sądząc po długości listy gości musiało ich być bardzo dużo.


Nie zrażeni wielkim tłumem ustawiliśmy się w ogonku (dziś zastanawiam się dlaczego się na to zdecydowaliśmy, to był taki nasz mały masochizm). Do oczekującego tłumu dwa razy schodziły wysłanniczki organizatora, które informowały o tym, że:
  • wszystkim rezygnującym z udziału w degustacji zostaną zwrócone pieniądze,
  • goście nie chcą wychodzić z sal w których odbywało się „święto Barolo” i dlatego czas stania w kolejce jest trudny do oszacowania,
  • goście będą podzieleni na grupy i wpuszczani partiami,

Z kolei osoby, które co jakiś czas wychodziły z degustacji informowały o pobojowisku rozrastającym się w salach w których zorganizowano pokaz. Najbardziej utkwiła mi w pamięci informacja „Zeżarliśmy cały ser, nie macie po co tam iść!”.Hmm.....

Pomimo takich informacji zdecydowaliśmy się brnąć dalej w to bagno. W końcu, po odstaniu nie wiem ilu minut, dotarliśmy do sal. Wyobraź sobie wszędzie przepychający się tłum, resztki jedzenia na dywanach i stołach. Żadnych serów, czekolad czy trufli nie zobaczyliśmy. By spróbować wina dopchaliśmy się do jednego stolika, ale po tej jednej przeprawie mieliśmy dość. Zaglądnęliśmy do wszystkich sal, w każdej wyglądało to podobnie. Nie udało nam się spróbować piemonckich smakołyków. Nie udało nam się porównać win 9może mamy za slabe łokcie ;-)). Unoszący się w powietrzu zaduch wymieszany z zapachem wina przechylił szalę goryczy i w dość szybkim tempie opuściliśmy „Barolo & Friends” zostawiając za sobą tę dziwną degustację.
Byłam bardzo zawiedzona, bardzo zła i musiałam gryźć się w język, by nie wyrzucać z siebie potoku słów (dlatego opis dopiero dziś).


Jakie z tego wnioski?
Dla mnie przede wszystkim takie, że następnym razem sprawdzę dokładnie jak ma wyglądać degustacja. Kolejny raz przekonałam się o tym, że warto stawiać na jakość, a nie na ilość. Mam nadzieję, że organizator także się o tym przekonał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz