poniedziałek, 24 września 2012

Kresowiak i ponury sen o jedzeniu.

Pełni dobrych wspomnień związanych z kuchnią kresową (-> Hawira), jako miejsce późnego obiadu wybraliśmy restaurację Kresowiak (Warszawa, Aleja Wilanowska 43c). Byliśmy pewni, że jedzenie będzie pyszne, a atmosfera radosna. Marzyliśmy o chrupiących blinach z łososiem, rozgrzewającej zupie, sycącym daniu głównym i zapadającym w pamięć deserze... (w dostępnym na stronie internetowej video-menu, wszystkie potrawy prezentują się bardzo dobrze). Ślinianki uaktywniły się na samą myśl o tym co nas czeka.


Restauracja Kresowiak już parę razy przyciągała naszą uwagę rozświetlonym ogródkiem letnim oraz parkingiem pełnym samochodów. Takie zewnętrzne oznaki uruchomiły ciąg skojarzeń: dużo aut -> dużo ludzi -> dobre jedzenie. Jakież było nasze zdumienie, kiedy po przekroczeniu progów Kresowiaka zobaczyliśmy pustawe wnętrze w stylu zajazdu z połowy lat 90., lub, jak to określił W., dawnego dancingu przekształconego w restaurację. Posępne oblicza obsług idealnie pasowały do klimatu. Prz stoliku dwóch panów piło piwo (w poniedziałki obowiązuje promocja piwna). Atmosfera była dość przygnębiająca, dodatkowo potęgowała ją niewielka ilość zapalonych lamp, przez co w restauracji panował zimny półmrok. Nie wiem czy to w celu wytworzenia specyficznego nastroju, czy przez oszczędność. Czułam się trochę jak w ponurym śnie. Brakowało tylko makabrycznego akcentu na talerzach...


Smutny kelner odebrał okrycia wierzchnie, odprowadził do stolika i wręczył nam karty dań. Zaproponował gorącą zupę - barszcz czerwony. Po chwili przyszła kelnerka i zapytała którą zupę wybraliśmy i... zaproponowała barszcz...  Ostatecznie, gorącą zupę podał smutny pan. Barszcz czerwony okazał się barszczem w kolorze pomarańczowym. Jak sie okazało był to barszcz ukraiński z pampuszkami (16 zł). Wolę się nie zastanawiać dlaczego miał taki kolor pomarańczowy, a nie delikatnie buraczkowy. Podane do zupy pampuszki, były bardzo wysuszone w środku i tłuste z zewnątrz (ładnie nabłyszczone tłuszczem). 


barszcz ukraiński restauracja kresowiak zupa warszawa al. wilanowska
 
Poważna kelnerka przyniosła kawałki bagietki i dwie kromki chleba, do tego smalec, ser i ogórki. Pieczywo było jednostronnie wysuszone, więc szybko zrezygnowaliśmy z tej przekąski. Zamówiliśmy bliny z łososiem i szpinakiem (38 zł). Danie bardzo nam smakowało, zastrzeżenie mam do  "sosu", który stanowiła mieszanka majonezu i musztardy oraz do wielkości potrawy. Porcja składała się z jednego placuszka, który był przepołowiony, przełożony szpinakiem i udekorowany dwoma plasterkami łososia. W. skusił się jeszcze na galaretkę z nóżek wieprzowych z octem (16 zł), ale zjadł tylko połowę porcji. 




Jako danie główne wybraliśmy kartacze z mięsem i okrasą (27 zł) oraz kołduny (25 zł), ale okazało się, że oba dania są niedostępne. Na stół trafiły więc warieniki ukraińskie (6 szt.) wypełnione mieszaniną białej fasoli i ziemniaków (25 zł), ale ten wybór nie był udany. W potrawie dominowały ziemniaki i skwarki.


Na szczęście, ostatni posiłek w Kresowiaku bardzo nam smakował. Zdecydowaliśmy się na  litewski bubert (12 zł), czyli deser z kaszy manny, w wydaniu Kresowiaka - ze skórką pomarańczową oraz ciemnym sosem owocowym. Zestawienie kwaskowatego sosu i słodkiego deseru o wyraźnej pomarańczowej nucie było pyszne (spróbuję przygotować taki deser w domu, ciekawa jestem czy się uda).


Podsumowując:


- na plus: bliny z łososiem i litewski deser,


- na minus: pomarańczowy barszcz, nijakie pierogi, przygnębiające wnętrze i obsługa sprawiająca wrażenie pracującej za karę.


Dobrego jedzenia, uśmiechniętej i miłej obsługi oraz klimatów kresowych będziemy szukać w innym miejscu.

1 komentarz:

  1. Zapraszam do siebie na konkurs z super nagrodami: "WARZYWA I OWOCE W ROLI GŁÓWNEJ", pozdrawiam Agnieszka Potravel

    OdpowiedzUsuń