niedziela, 5 sierpnia 2012

Hong-Kong House, czyli kulinarnych podróży ciąg dalszy.

- Wybierz pięć miejsc do których chcesz pojechać.
- Ale jakie to mają być miejsca? Czy mam jakieś ograniczenia finansowe, czy mam się niczym nie ograniczać?
- Niech nic Cie nie ogranicza.
- W takim razie wybieram...


Bardzo często w tych naszych wyliczankach pojawiają się Chiny. Kraj o którym często słyszymy w mediach, zwykle przedstawiany jako państwo pełne sprzeczności. Z jednej strony zacofanie, bieda, uliczni sprzedawcy dziwnych z perspektywy europejczyka dań, z drugiej - nowoczesne technologie, szybko wzrastająca liczba milionerów i wykwintne restauracje prowadzone przez najlepszych kucharzy na świecie. Dwa różne lecz uzupełniające się oblicza, zupełnie jak yin i yang.



Z takimi odmiennymi, ale dopełniającymi się zestawieniami mieliśmy do czynienia w, specjalizującej się w kuchni seczuańskiej, restauracji Hong Kong House (Warszawa, ul. Filtrowa 70). Było słodko, a zarazem cierpko, delikatnie i jednocześnie zdecydowanie, ostro. Takie kombinacje smakowa bardzo nam odpowiadały. Na początek wybraliśmy polecane przez szefa kuchni spring rolls z warzywami (13 zł.) oraz smażone pierożki z mięsem (16 zł.). Obie, dobrze odsączone z tłuszczu, przystawki były delikatnie doprawione, warzywne nadzienie spring rolls wprost rozpływało się w ustach.  

Ponieważ zrezygnowaliśmy z zup, po przystawkach na stół od razu trafiły dania główne. Wito zdecydował się na kalmary z gorącego talerza (47 zł.) do nich ryż jaśminowy (7 zł.) i marynowane wodorosty z czosnkiem (16 zł.). Ja zdecydowałam się na makaron smażony z krewetkami (28 zł.) oraz kalarepę w sosie czosnkowo-sezamowym (15 zł.). Skwierczące danie było podane pod przykryciem, które po chwili zostało zdjęte przez kelnera. Dominujące na talerzu kalmary podane były z bambusem, kawałkami marchewki i zielonej papryki, grzybami mun oraz jeszcze jednym rodzajem grzybów (chyba shitake). Marynowane wodorosty i ryż świetnie współgrały z daniem głównym. Wito określił to jednym słowem – pyszne!

Makaron smażony z krewetkami był świetny! Dużo jędrnych krewetek, kiełki, papryka, grzyby i jajko wymieszane z makaronem, to zestaw który od pierwszego spróbowania przypadł mi do smaku. Porcja była na tyle duża, że pozostałość dostałam zapakowaną na wynos. Kalarepa w sosie czosnkowo-sezamowym była pikantnym akcentem uzupełniającym nieco słodki makaron.

Po paru chwilach wytchnienia zdecydowaliśmy się jeszcze na deser: banany w cieście (16 zł.) oraz lody imbirowe (19 zł.). Porcja smakowitych, gorących bananów w cieście podanych z lodami waniliowymi była spora. Pomimo szczerych chęci, Wito nie zdołał skonsumować wszystkiego. Kulki lodów imbirowych także były duże i choć same lody smakowo mnie akurat nie oczarowały (jak dla mnie były zbyt słodkie i mdłe), to Wito został ich fanem. Nadmiary słodkości wyrównywały gorzkie herbaty (11 zł. za dzbanuszek herbaty).

 
Sam lokal urządzony jest prosto, ale elegancko. Część stołów, dla komfortu gości, rozdzielona jest parawanami. Z głośników cicho płynie charakterystyczna, chińska muzyka. Obsługa jest profesjonalnie dyskretna. Jedzenie trafia na stół w czasie który pozwoli na krótką pogawędkę pomiędzy kolejnymi daniami, ale nie dopuści do zniecierpliwienia gości.

Reasumując – przyjemne miejsce z dobrym jedzeniem. Z pewnością tak wrócimy by spróbować pozostałych pozycji z menu.

1 komentarz:

  1. Podobają mi się wasze opisy. Są smakowite.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń