sobota, 25 sierpnia 2012

Burger BAR, Warszawa

Hamburgery, cheesburgery, fish-, wieś- i całe mnóstwo innych rodzajów burgerów. Standardowo niezdrowe, kaloryczne, tłuste, z mięsem jak papier i mała ilością zieleniny. Najlepiej ich unikać.

Abstrahując od wartości odżywczych tego typu posiłków, na własne ryzyko postanowiliśmy sprawdzić czy bułka z mięsem jest w stanie zaspokoić popołudniowy głód i zastąpić nam obiad. Najpierw jedzenie, potem kino. Jako cel obraliśmy Burger Bar (Warszawa, róg ulicy Puławskiej i Olkuskiej). 

Na początek mały rekonesans opinii pojawiających się w internecie z których wynika, iż burgery są dobre, ale zazwyczaj długo się na nie czeka (podobno to efekt tłumów oblegających lokal ;-)). Wzięliśmy pod uwagę te informacje i, mając w zapasie czas na czekanie, dotarliśmy do Burger Baru. Lokal mieści się pomiędzy barem z jedzeniem orientalnym i zlikwidowanym sklepem. Przed wejściem dwa stoliki, parę krzeseł. Nad wejściem neon-burger wskazujący, iż tego właśnie miejsca szukasz.

W środku kilka stolików z czego jeden zajęty. Kolejki nie było. Z krótkiego menu wybraliśmy cheeseburgera (20 zł) oraz burgera BBQ (24 zł). Po zapłaceniu należności (UWAGA – płatność tylko gotówką!) otrzymaliśmy numerek uprawniający do odbioru zamówienia (całkiem jak w barach mlecznych, choć z podobnym systemem spotykamy się coraz częściej w przypadku jedzenia na wynos, np. Burger Maister w Berlinie). Numer 19 nieco nas wystraszył - czy długo będziemy czekać na realizację zamówienia? Na szczęście nasze obawy okazały się na wyrost, bo już po ok. 10 minutach usłyszeliśmy wywoływany nasz numer. Szybka realizacja zamówienia wywołała uśmiech na naszych twarzach, ale od razu zaczęliśmy się zastanawiać – co zrobimy z zapasową ilością wolnego czasu?  Zapach burgerów jednak szybko przywołał nas do zajęcia się konsumpcją.
Zapakowane w woskowany papier kanapki, podane były w wyłożonych papierem plastikowych koszykach. Do każdego apetycznie wyglądającego burgera była dodana garść nachos (niestety zimnych i bez salsy).
 Cheesburger

W cheesburgerze sera było jak na lekarstwo (było to coś a'la plasterek żółtego sera, ale bez smaku). Spory kawałek dobrego kotleta sąsiadował z mizerną sałatą lodową, ogórkiem i sosem. Bułka, z gatunku "napompowanych", była lekko przyrumieniona, ale nie była chrupiąca. BBQ burger - poza zawartością znaną już z cheesburgera, był w nim skromnych rozmiarów, plasterek pomidora i smaczny sos.

BBQ burger

Chociaż burgery były słusznych rozmiarów (ok. 12 cm średnicy) i początkowo byliśmy przekonani, że w zupełności zastąpią nam obiad, okazało się, iż w 100% nie zaspokoiły głodu. Nawet zjedzenie nachos nie pomogło. Oczywiście znalazły się plusy tego nie zaspokojonego głodu. I wolnego czasu.

Przed seansem filmowym zdążyliśmy jeszcze do Coffe Karma. Wito wybrał milk shakes z kawą, ja zamówiłam koktail kokosowy, którego (jak się po paru chwilach okazało) nie mogą przygotować z powodu braku wiórków kokosowych. W zamian zaproponowano mi milk shakes z masłem orzechowym! Dla mnie nowość, więc od razu się skusiłam. W nagrodę otrzymałam istną bombę kaloryczną! Jogurt, banany, duża ilość masła orzechowego i pewnie coś jeszcze. Pyszne, bardzo gęste i bardzo sycące. Wypicie mikstury przez słomkę zajmuje więcej czasu niż wypicie tradycyjnego koktailu. Nie wyobrażam sobie ile czasu zajęło by mi wypicie dużej porcji o objętości 650 ml, którą początkowo chciałam zamówić, o ile oczywiście udało by się ją wypić. Czas spędzony w Karmie rozleniwił nas, dzięki czemu idealnie wpasowaliśmy się w atmosferę rozgrzanego słońcem Rzymu z ostatniego filmu Woody Allena – Zakochani w Rzymie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz