niedziela, 6 listopada 2011

Noodle w pudle. Ssący głód i wielkie żarcie

Ssący głód pojawia się znienacka. Pora roku, godzina nie mają dużego znaczenia. Równie dobrze ten głód może się pojawić w upalne lipcowe popołudnie, jak i w mroźny grudniowy wieczór. Jedyne co się zmienia to przedmiot pożądania.

Właśnie dziś nas dopadł. Poddałam się pierwsza i otwarłam pudełko z pralinkami. Przekroiłam wszystkie na pół, zjadłam kawałek z każdej praliny i resztę podsunęłam Wito. Sięgnął po jedną, potem po kolejną... i też wpadł w szpony przemożnej chęci zjedzenia czegoś dobrego...

Jako, że dzisiejsza niedziela upływa nam pod znakiem lenistwa, nie mogliśmy liczyć na
dobry obiad, bo go nie zrobiliśmy. Restauracja odpadła, bo na powtórkę z wczoraj (Hawira) nie mieliśmy chęci. W ramach przerwy w czytaniu, wybraliśmy się do parku na spacer/ rolki. Po drodze stacja benzynowa i hot dog na rozgrzanie. W parku - gorące gofry. Te przekąski tylko wzmogły nasz głód na coś dobrego, dodatkowo nas rozleniwiając.


Pozostały tylko dania zamawiane przez telefon. W pierwszych myślach - zamówimy pizzę, jednak po chwili postanowiliśmy spróbować czegoś innego. Trafilo na Noodle w pudle. Szybkie wyszukanie najbliższego lokalu, wybór dania, telefon i jeszcze... oczekiwanie do 50 min. :/ Na samą wieść o tak długim czasie oczekiwania na obiad, zrobiłam się jeszcze bardziej głodna. Nie pomogła świadomość, że to często wykorzystywany zabieg: podać Klientowi dłuższy od rzeczywistego czas oczekiwania na danie, a potem zaskoczyć go dostarczając potrawę w czasie krótszym. I tak właśnie było. Nie minęło 20 min. kiedy w drzwiach pojawił się dostawca z naszymi makaronami: Mekong Duck i Orient Expres. Oba zestawy były dobre, porcje solidne, mocno przyprawione i gorące (w przypadku dań przywożonych przez kuriera nie zawsze tak jest), czyli idealne na zaspokojenie ssącego głodu.

Mam zastrzeżenie do Mekong Duck, a dokładniej do samej kaczki. Próbowałam i dwa razy zamiast mięsa trafiłam na skórę i tłuszcz. Nie przepadam za takim smakiem, więc z przyjemnością wróciłam do mojego zestawu Orient Express w którym proporcje makaronu gryczanego, kurczaka, cukrowego groszku, kiełków były w sam raz, a sam kurczak był kawałkami mięsa, a nie mocno przyprawionymi ścinkami.

Muszę przyznać, że nie zjedliśmy tych dań. Nie zjedliśmy, bo to nie było kulturalne jedzenie pałeczkami, tylko pożarcie makaronu przy użyciu pałeczek (swoja drogą, sama byłam zaskoczona, że tak szybko uporaliśmy się z długimi makaronowymi nitkami).

Reasumując, noodle sprawdzają się w sytuacjach awaryjnych (dzisiejszy wielki głód), z pewnością sprawdzą się także jako zdrowszy (mam nadzieję) odpowiednik hamburgerów, kebabów i zapiekanek.

Lola

P.S. makaron popiliśmy słodkim chińskim winem z liczi - Nuwang Ume Lychee. Nie był to może zestaw polecany przez znawców, ale nam połączenie ostrych makaronów i chłodnego słodkiego wina bardzo smakowało.



Do wina zapewne jeszcze wrócimy w innych okolicznościach. Polecam schłodzone lub z lodem! :)

1 komentarz:

  1. rządzi, mekong duck i bez politycznych podtekstow proszę ; ) xxx

    OdpowiedzUsuń