piątek, 7 października 2011

Little Havana na dzień dobry?

Miało być na dzień dobry, miało być tak przyjemnie i smacznie... Kurczak El Comendante, który zauroczył mnie podczas pierwszej wizyty w restauracji Little Havana skłonił mnie do sprawdzenia oferty śniadaniowej lokalu. Menu śniadaniowe jest wystarczająco pojemne by każdy znalazł w nim coś dla siebie, są w nim ciabatty oraz zestawy śniadaniowe. Do śniadań podawana jest kawa lub herbata - do wyboru. Zdecydowaliśmy się na jedno i drugie (ciabatty w wersji na wynos). Wito zamówił śniadanie po angielsku (jajko sadzone, parówki, boczek smażony, fasolka, pieczywo, masło, sosy)  oraz ciabattę z szynką parmeńską, oliwkami, pomidorem, serem brie i świeżą bazylią, ja wybrałam ciabattę z mozarellą i suszonymi pomidorami oraz śniadanie amerykańskie (pancakes z syropem klonowym). Uprzejma kelnerka poinformowała mnie, że niestety nie mogą zrealizować zamówienia na placki z syropem i zamiast tego zaproponowała śniadanie po parysku w wersji słodkiej (omlet na słodko).


Angielskie śniadanie, wbrew oczekiwaniom, okazało się lekkostrawne. trzy małe kawałki pieczywa, dwie łyżki fasolki, tyle samo sosu, jajko sadzone, dwie parówki i cienki plasterek mocno spieczonego boczku. Spodziewaliśmy się talerza w 2/3 wypełnionego fasolką w sosie, dwóch kiełbasek, jajka sadzonego i ociekającego tłuszczem bekonu lub jajecznicy na bekonie, porcji zapiekanki ziemniaczanej i ew. kaszanki.


Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że angielskie śniadanie podane w restauracji nawiązującej do Kuby, nie będzie w 100% takie jak na Wyspach, ale jeśli już użyto takiej nazwy, to dobrze by było bardziej zbliżyć się do pierwowzoru.

Teraz kolej na śniadanie po parysku, czyli omlet ze śmietaną i brzoskwiniami. Mniejsza już o to, czy było to rzeczywiście śniadanie po parysku i co to tak właściwie oznacza. Ważniejsze jest to, że omlet był bardzo cienki, w dużej części wysuszony (brzegi smakowały całkiem jak okrągłe biszkopty, które możemy kupić w sklepie), brzoskwinie znajdowały się tylko na brzegu dania, śmietany również dodano bardzo oszczędnie. Śniadanie mogę określić jednym słowem - słabe.


W oczekiwaniu na ciabatty zamówiliśmy tiramisu, które okazało się ułożonymi biszkoptami, które sklejono kremem śmietanowym. Kawa wyczuwalna była tylko w dwóch dolnych biszkoptach (wyglądało to tak, jakby ktoś podlał kawą ułożoną z biszkoptów konstrukcję), a Amaretto? - nie było go w ogóle.



Niestety na deserze nie zakończył się ten ciąg niepowodzeń. Zamówione na wynos ciabatty zostały chyba z dnia poprzedniego, zamiast suszonych pomidorów i mozarelli w kanapce był jeden plasterek świeżego pomidora, parę plasterków oliwki, pesto i coś co chyba miało udawać mozarellę, bo z pewnością nią nie było. Kanapki Wita nie próbowałam, ale on także miał zastrzeżenia do świeżości pieczywa. Nie takiego rozpoczęcia dnia się spodziewaliśmy. Szkoda, bo pozytywna opinia na temat restauracji Little Havana, a dokładniej dań, które tam jedliśmy, została nadszarpnięta przez pozostawiające wiele do życzenia śniadanie. Jeśli znów tam zawitamy to z pewnością wybierzemy menu obiadowe.

Lola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz