niedziela, 28 sierpnia 2011

Viva El Comendante!

Ile razy marzyłam o wakacjach na Kubie? Chyba już trudno zliczyć. Marząc o Kubie nigdy nie marzyłam o wyjeździe do jednego z kurortów gdzie turyści spędzają wolny czas w barze umieszczonym pośrodku pięknego basenu, z dala od prawdziwego życia toczącego się na wyspie. W tych wirtualnych wycieczkach nocuję o Kubańczyków, w pełnych uroku zniszczonych willach lub starych hacjendach, zwiedzam miasto na piechotę, dalsze trasy pokonując amerykańskim krążownikiem szos wyprodukowanym jeszcze w latach 50-tych. Tańczę rumbę, piję rum, czekam na wschód słońca na plaży, poznaję ludzi i poprzez pryzmat tych znajomości poznaję kraj. Pewnie trochę to oderwane od rzeczywistości... jak to w marzeniach bywa ;)
Ponieważ w najbliższym czasie na horyzoncie nie pojawi się taki wyjazd, jedyne co pozostało to poszukanie jakiejś namiastki wyspy. Muzyka i film to nie wszystko, do pełni brakowało smaku.... Tak właśnie trafiłam na kawiarnię/ restaurację/ palarnię cygar, po prostu do Little Havana (ul. Piękna 15). Razem z W. postanowiliśmy tam zjeść niedzielny obiad ;)

O tym, że nie należy nastawiać się na zbyt wiele, przekonałam się nie raz. Przed wejściem do lokalu nie miałam zbyt wielu wyobrażeń na temat jego wnętrza, dzięki temu nie zawiodłam się po wejściu do "małej Havany". Wystrój jest bardzo uniwersalny, poprawny - żeby nie powiedzieć nijaki. Proste ciemne meble, proste dodatki, wyschnięte kwiatki w mini wazonikach. Żadnych związków z Kubą, żadnych zapachów (brakowało mi choćby zapachu kawy), leniwa atmosfera, niespieszna obsługa. Karta dań krótka, zdecydowanie większy wybór śniadań niż obiadów nie nastroił mnie optymistycznie. Przeciez przyszłam tu na obiad!
Z menu wybieram kurczaka El Comendante, do picia Havana ginger czyli zmiksowany imbir, sok ananasowy i cytryowy z lodem. Napój idealny do picia w gorący i parny dzień.
(W. zamówił kurczaka Havana oraz Havana Colada do picia).

Kiedy na stół trafia kurczak El Comendante, moje ślinianki zaczynaja intensywnie pracować. Wygląda apetycznie, smakuje świetnie! Miks kurczaka, bananów, orzeszków, czarnej fasoli i dzikiego ryżu jest zaskakujący i bardzo dobry (nawet parę godzin po posiłku, na samo jego wspomnienie cieknie mi ślinka ;)). Do przełamania smaku dodane jest jajko sadzone. Nie wiem ile wspólnego z Kubą ma to danie, ale było ciekawe i na pewno do powtórzenia. W sumie - kurczak przyłożył mi patelnią po głowie ;)


 Na deser wybrałam szarlotkę na gorąco z lodami (za niedługo będę miała duże szarlotkowe pole porównawcze ;) Może za jakiś czas porównam wszystkie zjedzone szarlotki i wrzucę ten ranking na bloga). Była dobra. Jabłka raczej kwaśne, dobrze skomponowały się ze słodkimi lodami. Jednak i tutaj minusem szarlotki była kruszonka - niestety nie była chrupiąca, tylko dość rozmoczona (zapewne z powodu podgrzania ciasta w kuchence mikrofalowej).


Little Havana nie zauroczyła mnie swoją atmosferą, nie znalazłam w niej też namiastki Havany. Pomimo tego, wrócę tam jeszcze na kurczaka El Comendante i pewnie na śniadanie. I zabiorę ze sobą W., a potem polecimy na Wyspę i sami poznamy smaki Havany.

Lola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz