wtorek, 9 sierpnia 2011

Dzień spod znaku tysiąca i jednej kalorii.

Wszystko zaczęło się od przygotowanego przez Witka urodzinowego śniadania. Proste i smakowite zestawienie białego sera, rodzynek, miodu i kremu balsamicznego nie zapowiadało bobmy kalorycznej, która wybuchła późnym popołudniem.



Po pracy pojechaliśmy do lodziarni Malinova (róg Al. Niepodległości 130 i ul. Ligocka). Kiedyś słyszałam opinie wychwalające sprzedawane tam lody i postanowiłam skonfrontować je z własnymi wrażeniami.

Lodziarnię łatwo znaleźć, przed wejściem nie trudno spotkać jedzących lody, lub stojących w kolejce po nie. W środku – ciasno, małe stoliki, wystrój.... hmm... wystroju nie będę oceniać. Nie mój klimat ;)

Zamówiłam puchar orzechowy, Witek wybrał toffi. Ceny bliższe Hagen Dazs niż lodom Grycan. Rozmiar pucharów imponujący. Na sam widok pucharu w ustach uruchomiły się ślinianki, a w głowie licznik kalorii. W dodatku, zachęcona opiniami znajomych, nastawiłam się na przysłowiowe „niebo w gębie”. I zawiodłam się. Deser był bardzo dobry, bardzo słodki, ale nie było efektu „wow” ;) Lody orzechowe miały przepyszny smak orzechów, ale same orzechy były tylko w formie posypki. Może to kwestia przyzwyczajenia, a już na pewno – gustu, ale lubie kiedy lody orzechowe mają w sobie orzechy, lody bakaliowe – bakalie, a w owocowych widać i czuć kawałki owoców. W lodach z Malinovej był smak. I posypka.



Porcja – na tyle duża, że nawet W. nie dał rady zjeśc całej. Ilość kalorii – chyba tak duża, że wyczerpała zapotrzebowanie na nie na najbliższe 24 godziny.
Malinova – dobra raz na jakiś czas. A ja nadal będę szukała idealnych lodów :)

Lola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz