niedziela, 17 lipca 2011

Portucale i wojaże prawie wakacyjne

Na fali letnich upałów i marzeń o wakacyjnych wojażach, wypłynęła myśl o rozszerzeniu kulinarnego horyzontu o kuchnie dotąd nie poznane. Oczywiście takich kierunków jest wiele, ale od czegoś trzeba zacząć ;) Zaczęliśmy od Półwyspu Iberyjskiego, dokładnie - Portugalii i restauracji Portucale (Warszawa, ul. Merliniego 2).

Na początek mały zgrzyt podczas telefonicznej rezerwacji miejsc – osoba przyjmująca rezerwację oschłym głosem upomniała mnie, żeby się nie spóźniać bo mają dużo rezerwacji. Wrr.... nie lubię upominania i nieuprzejmego traktowania, a punktualne przybycie jest dla mnie czymś oczywistym.
Dość słabe oznakowanie sprawiło, że pełni wątpliwości zaparkowaliśmy na dużym pustym parkingu; czy to aby na pewno to miejsce? Na szczęście – trafiliśmy, uff... Wchodzimy do restauracji, przy drzwiach wita nas obsługa, a naszym oczom ukazuje się całkiem pusta sala! Po tym co usłyszałam przez telefon spodziewałam się zajętych stolików... Zajęliśmy niewielki stolik przy oknie, który pozwolił na spokojne rozglądniecie się; wnętrze Portucale jest dość proste z dodatkiem paru elementów nawiązujących do Portugalii.

Na początek zamawiamy przekąski: tamaras com bacon - zapiekane daktyle zawijane
w boczek oraz rolinhos de queija feta a espinades - roladki z ciasta filo wypełnione serem feta i szpinakiem. Wyglądają i smakują bardzo dobrze – danie do powtórzenia w domu :) 



Po przekąskach na stół trafiają: dorsz zapiekany z ziemniakami, pomidorami, papryką i oliwkami oraz carne de porco a alentaja - polędwica wieprzowa z małżami w białym winie. Zapiekanka jest dobra, choć brakuje mi niej jednej, charakterystycznej nuty, natomiast polędwica – wyśmienita! Dobrze doprawiona i wypieczona. Jej smak przełamany smakiem małży to było dla mnie coś nowego. Nowe doświadczenie kulinarne – ciekawa jestem czy uda się powtórzyć w domu...


Na koniec oczywiście coś słodkiego. Zamawiamy mus czekoladowy i tartę z kremem cytrynowym i orzechami piniowymi. Tarta wygląda bardzo dostojnie, mus czekoladowy
z kropelką brandy – trochę jak budyń. Powiedzenie – nie oceniaj po wyglądzie ma tutaj swoje zastosowanie. Smakowicie wyglądająca tarta okazuje się przeciętnym ciastem
z kremem którego smak ginie całkowicie pod solidną warstwą cukru pudru. Szkoda, bo spodziewałam się ulecieć choćby centymetr nad ziemię ;) Spoglądam na Wito, który
z rozanielonym wyrazem twarzy konsumuje ten przeciętnie wyglądający mus czekoladowy. Jedna łyżeczka i.... muszę mieć podobną minę ;) Mus jest przepyszny! Chłodny, o aksamitnej konsystencji, nie za słodki ...i do tego ten delikatnie wyczuwalny procent brandy... Tak, oberwałam patelnią w głowę i za ten mus mogłabym jeszcze raz na to pozwolić! 




Reasumując: obsługa – pozostawia wiele do życzenia. Miałam wrażenie, że swoim przybyciem przerwaliśmy panujący w restauracji spokój. Dojazd – ok, choć oznakowanie mogło by być lepsze, przy budynku jest duży parking więc nie ma problemu z zaparkowaniem. Te niedostatki wynagradza jedzenie, a zwłaszcza polędwica i mus czekoladowy.

Lola 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz