niedziela, 24 lipca 2011

W cieniu cedru

Kuchnia libańska to była dla mnie terra incognita. Słyszałam tylko, że jest uważana za najlepszą na całym Bliskim Wschodzie, ale to tylko zasłyszana opinia. Okazją do jej weryfikacji pojawiła się w minioną niedzielę, za cel obraliśmy restaurację Fenicja (Warszawa, ul. Świętokrzyska 32). Przed wyjściem sprawdziłam stronę internetową Fenicji, ze szczególnym naciskiem na galerię, by móc się przekonać z czym będziemy mieli do czynienia. Klimaty raczej barowo-restauracyjne, mam wrażenie, że miejsce jest rozbudowaną budką z kebabami.

Wystrój – hmm.... najwidoczniej na tyle mało charakterystyczny, że nie pamiętam. Momento... pamiętam małą, wyglądającą na przytulną (poduchy na podłodze, niskie stoły) salkę. Była dla palących, niestety. Ze względu na panujący w środku nieznośny żar (buchające z kuchni ciepło roznosiło się po całym lokalu), zajmujemy stolik na zewnątrz. Bardzo mały stolik, do którego zapełnienia niewiele potrzeba. Wystarczy taca z herbatą po libańsku (z kardamonem) podaną w imbryku, koszyk ze sztućcami, dwie szklanki i dwie karty menu.

Z rozbudowanego o pizzę i spaghetti! menu wybieramy wymienioną już herbatę, ayran (napój w smaku podobny do kefiru i sera feta o konsystencji nieco rozcieńczonego kefiru), sok z gujawy i hummus z pitą. Przegryzając pitę z hummusem wybieramy danie obiadowe. Po dość długim namyśle decydujemy się na sałatkę śródziemnomorską oraz libańską, mix mięs oraz ryż. Na deser baklava oraz koktail owocowy.
Czas oczekiwania na danie wystarcza na zjedzenie przystawki i niedługa rozmowę, którą przerywa pojawienie się kelnerki z zupą?! Nie zamawialiśmy zupy, a tu taka niespodzianka! Nieporozumienie zostaje wyjaśnione, a zupa addas (z soczewicy) zostaje na stole w ramach dość smakowitych przeprosin.
Po chwili na stół trafiają sałatki; mija kolejne parę minut i dołącza do nich półmisek z grillowanymi mięsami oraz ryż. Na półmisku mamy parę plastrów cienkiej wołowiny - lahme maszłłije, cienkie kotleciki z wołowiny mielonej - kafta maszłłije oraz cienkie kawałki kurczaka - szysz tałuk, do tego sos chilli oraz biały sos w smaku podobny do tłustego majonezu z czosnkiem.

Mięsa są dobre, mój faworyt to mięso mielone oraz kurczak. Plastry wołowiny są zbyt mocno wypieczone i twarde. Sałatki pozostawiają dużo do życzenia. Sałatka libańska to tak właściwie duża ilość sałaty lodowej, do tego niewielka ilość pomidora, zielonego ogórka i listek mięty obficie polane sosem a'la vinegrette, sałatka śródziemnomorska to znów sałata lodowa, tym razem z kawałkami pomidorów, ogórka, oliwek jedna małą krewetką, paroma kawałkami kalmarów, małży i ośmiornicy. Nic specjalnego.
Po daniu głównym czas na deser: baklava oraz koktail owocowy. Jedno i drugie – OK, ale znów się przyczepię – baklava była chyba wprost z lodówki i jej chłodowi nie zaradził nawet podgrzany talerzyk na którym była podana, koktail smakował jak rozcieńczone mango lassi z dorzuconymi doń kawałkami owoców z puszki (ananas, papaja).

Dla mnie - ogólne wrażenie bardzo średnie, zarówno jedzenie jak i obsługa oraz sama "restauracja".
Na razie wolę by kuchnia libańska nadal pozostała dla mnie terra incognita.


Lola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz